
Niejednokrotnie napawała ją tęsknota. Niekiedy była to tęsknota za uczuciem, innym razem zaś za obrazem, którego stanowiłaby część. Odkąd wróciła z włoskiej Toskanii nie potrafiła zapomnieć widoków katedr, kościołów, których wnętrza jawiły się jako domy, przepiękne azyle, kryjące w sobie tajemnicę, tajemnicę samego Stwórcy. Właściwie nie potrzebna była jej ta świadomość. Wystarczyło jedynie przebywanie w tych napawających spokojem, chłodnych przestrzeniach, przebóstwionych mimo braku złoceń czy wielkich obrazów z wizerunkami świętych. O wielkości małych kościołów świadczył swoisty magnes, który przyciąga ludzkie ciała. Wierzący, niewierzący. Spokój jaki można odnaleźć w tych zharmonizowanych, miejskich wyspach staje się prawdziwym antidotum na każdy rodzaj ziemskiej męczarni. To właśnie tam odpoczywała najpełniej. Otoczona zimnymi, starymi murami i półmrokiem znajdującym schronienie nawet w najbardziej nieznośnie upalny dzień. Wtedy pojawiała się w jej głowie myśl- uczucie nieokreślonej, niecodziennej radości, szczęśliwości niewysłowionej. Kiedy siedziała na swojej wielkiej werandzie spisując to wszystko, do jej głowy wdarła się niespodziewanie kolejna myśl, myśl o rodzinnym domu, drożdżowym cieście i poranku na wsi. Ręce babci wsypujące z uwagą rodzynki do wyrobionego ciasta pamiętała tak plastycznie, że niemal mogłaby poczuć ich ciepło, wilgotność, a także odtworzyć każdy ruch kiedy wgniatała malutkie, suche winogrona w sam środek lepkiej masy. Jej pamięć, jak sądziła, nie była jednak wyjątkowa. Niemal każdy człowiek, nawet ten najbardziej uczulony na nieznośną wrażliwość sentymentalną, miewa flesze pamięci, chwile kiedy nic, żaden impuls nie potrafi sprostać wymaganiom jego wspomnień, które to bezlitośnie dążą do urzeczywistnienia. Zawsze potrafiła odtworzyć z pamięci te chwile, które jej zdaniem, dostarczały prawdziwego smaku życia. Szelest liści w jednym z londyńskich parków, kelnerski uśmiech w paryskiej kawiarni, pierwszy krok stawiany na posadzce w kościele w bocznej uliczce Werony czy leżąca, otwarta na piątej stronie książka o idealnie dobranych kolorach okładki. Te wszystkie myśli nie dawały jej spokoju. Nie potrafiła odłożyć ich na półkę wspomnień w swoim umyśle i posłusznie oddać się pracy albo zwyczajnemu relaksowi. Uważała, że ulegając pokusie powracania i przeżywania wszystkiego raz jeszcze doprawiała choć trochę swoje bezsmakowe, nieposolone życie. Co więcej, nie potrafiła już nawet uwierzyć, że uda jej się wyjść ze stanu wiecznej melancholii. Równie często jak rozmyślała, oddawała się pisaniu. Spisywała to, co uważała za istotne w danej chwili lub co w przyszłości może okazać się zbawienne. Fizycznie powracając do miejsc swojego dzieciństwa, odwiedzając stare, znajome zaułki i zakamarki, otwierała na oścież bramy codziennej racjonalności przez co wspomnienia jeszcze mocniej, bardziej intensywnie, całkowicie zmieniając swoją intensywność, wydźwięk, przejrzystość wypiętrzały się z nizinnych płaszczyzn umysłu. Charlotta potrafiła opisywać, spisywać, relacjonować. I choć jej zdania, które absolutnie grzeszyły długością, były pełne karygodnych błędów i nielogiczności, to jednak chaos, istne piekło językowo-stylistycznych grzechów nie przerażało jej aż nadto. Bardzo często słyszała o swoim braku zorganizowania, wiecznym gubieniu czegoś, zapominaniu i zostawianiu wszystkiego na ostatnią chwilę. Pisania nigdy nie odkładała, nie pozwalała nawet by któreś ze zdań pozostawało niedokończone. Początkowo robiła to bardzo nieregularnie, ale teraz gdy sytuacja nieco się ustabilizowała i miała te 2-3 godziny w ciągu dnia na przelewanie na papier swoich myśli, starała się za wszelką cenę wypełnić obowiązek powierzony przez samą siebie.
Charlotta nie narzekała na brak przyjaciół, choć tych selekcjonowała bardzo rygorystycznie. Nie potrafiła budować relacji, które długi czas pozostawały nierozwinięte, tkwiące w jednym punkcie. Spotkania odgrywały wtedy rolę podgrzewacza bezowocnych kontaktów. A tego nie akceptowała. W jednym ze swoich pamiętników napisała „ Mam dość spotykania się w tych samych miejscach, z tymi samym ludźmi, rozmawiając na te same, odwieczne, niezmiennie aktualne tematy. Nie obchodzą mnie już ich kariery, kolejne rozczarowania miłosne i odwiedzone miejsca. Dzisiejsze popłudnie spędzone na wysłuchiwaniu zwierzeń wiecznie niezadowolonej amatorki przygód miłosnych dobitnie ukazało mi bezsens poświęcania się sprawom mało istotnym. Stwierdzam więc, że czas ograniczyć, jak tylko to możliwe, wszelkie wyjścia”. I rzeczywiście Charlotta podjąwszy tę heroiczną decyzję, sukcesywnie odmawiała spotkań w kawiarniach. Godziła się na nie tylko wtedy, gdy zauważyła wyraźna potrzebę u strony proponującej. Sama zaś prowadziła dialog ze swoją jedyną przyjaciółką mieszkajacą w Londynie. Korespondencja była niezwykle fascynująca i pełna humoru, którego brak było w codziennym życiu Charlotty. To właśnie dzięki tym listom pisanym ręcznie bądź za pomocą wygodnej klawiatury starego już komputera wysyłała długie sprawozdania z życia w mieście wspólnego dzieciństwa. Nie mogła jednak zrozumieć przyczyny swojej tęsknoty za Londynem, miejscem, w którym to Antonina postanowiła odnaleźć inspiracje do napisania swojej pierwszej powieści. I z tego co zdażyła zauważyć Charlotta wynika, że Antonina zamiast zapisywac kolejne kartki swoich notesów, dołączała się do licznych klubów literackich, filozoficznych, słowem wszędzie tam, gdzie może poznawać, uczyc się i doświadczać wszystkiego co angielska kultura posiada najlepsze. Ale i tak ją kochałą cała sobą. Antonina była jej najbliższą osobą wyłączając rodziców, nieprzyzwoicie zatopionych w literaturze właścicieli najlepiej zaopatrzonej księgarni w mieście. I choć Charlotta uwielbiała przebywać w ich towarzystwie, na drugim roku studiów definitywnie zrezygnowała z mieszkania pod jednym dachem z parą maniaków. Powiedziała kategorycznie, że dom absolutnie nie nadaje się do pracy naukowej i wyjmując wszystkie oszczędności z małego kuferka podarowanego przez babcię, postanoowiła zamieszkac sama. Jak wielką burzę wywołała swoją decyzja wiedzą tylko głusi sąsiedzi z przeciwka,którzy mając nieraz uchylone drzwi swojego mieszkania przyglądają się życiu korytarzowemu. Reakcja rodziców nie była nieznośnie głośna, lecz niezmiernie irytująca, gdyż każde z nich wychodziło na klatke schodową z pięściami zaciśniętym do granic możliwości i nic nie krzycząc, nie wydając z siebie żadnych dźwięków, otwierali usta tak szeroko, że z łatwością można było wyczytać treść wypowiadanych zdań, a raczej zlepków słownych. Niesłyszący sąsiedzi nie mieli więc wiele trudności z rozszyfrowaniem słów wściekłych księgarzy „ Jak my ją wychowaliśmy, jak my ją wychowaliśmy!”. Charoltta wiedziała jak zakończy się całe przedstawienie toteż zjechawszy windą na sam dół, wybiegła z klatki, zadzwoniła zewnętrznym domofonem do rodziców z bezczelnym pożegnaniem „wpadnę jutro wieczorem, na obiad jak zawsze, dobranoc”. Nie dała dojść do słowa jeszcze bardziej zdezorientowanej matce. Wzięła więc w rękę dość lekką walizkę i wyjąwszy ostatniego papierosa z kardamonowego pudelka, z lekkim uśmiechem i jedną łzą w oku udała się przed siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz