wtorek, 8 listopada 2011

powieściowo

Coraz ciemniej, łysiej, a jednak słonecznie. Brodzimy w żółtych liściach, bo tylko takie wyścielają naszą okolicę. Próbujemy dostrzedz przebłysk czerwieni i raczej nam się nie udaje. Krzątamy się po parku, dziś nawet byliśmy pod lasem i niestety czerwone liście jakby zniknęły. Może ich jesienna barwa zależy od rodzaju drzewa ? A może moja ignorancja na lekcjach biologii posunęła się do tego stopnia, że nie zarejestrowałam najbardziej oczywistych treści i teraz miast tłumaczyć nieświadomemu, małemu człowiekowi, w czym pluskają się kółka jego wózka, i dlaczego akurat w tym, pozwalam sobie na śmiałe przemyślenia, których w kopalni wiedzy wszelakiej nie zidentyfikuję. A mogłabym, bo przecież posiadam błogosławiony dostęp do owej bezdennej, politematycznej studni.
Oj tam, oj tam, liście liśćmi(bo nie "liściami" co pasowałoby tu idealnie), są rzeczy znacznie ciekawsze. Ot, choćby Madame A. Libery. Czasem dobrze sięgnąć po książkę raz jeszcze. Może zaledwie kilka razy zdołałam przeczytać coś po raz drugi. Uważam, że cenny czas, który teraz jest cenny o wiele bardziej, niż kiedykolwiek indziej, należy wykorzystywać w stu procentach, a czytanie dwa razy tej samej powieści(wiersz czy opowiadanie to zupełnie inna historia)  jest właśnie takim marnotrawstwem. Nic bardziej mylnego. Konstruowane zdania, choć płynnie i z wdziękiem układające się w ciekawą historię o barokowym plenerze, można czytać bezkarnie, bo zupełnie inaczej wybrzmią one w myślach w wieku lat nastu, dwudziestu, trzydziestu czy sześćdziesięciu. To jest właśnie fenomen. Czytelnik się zmienia, a zdania mimo, że w formie i treści pozostają identyczne przez całe życie tekstu, to jednak ich wydźwięk nabiera nowego kolorytu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz