wtorek, 8 listopada 2011

powroty


Powroty cechuje nieokreślony formalizm, pewna sztywność, nieśmiałość. Powrót zaszczepia chęć kreacji nowej rzeczywistości, bazując jednak na starych imuplsach. Każdy krok ku nowości jest poprzedzony pewngo rodzaju uwstecznieniem, ponieważ bogactwo doświadczeń, pomimo zmiany ich formatu, nadal pozostaje w pamięci. Powroty są naznaczone przeszłością. Powrót oraz nowa jakość sukcesywnie tworzona buduje przestrzeń rozkładu dla tego co minione. Teraźniejszość opatrzona stygmatami przeszłości nie potrafi zapomnieć i pozwolić by wszelkie doświadczenia zostały zabliźnione. Musi je więc przyjąć i uznać za swoje, zaakceptować w pełni, czasem żałować, lecz nie wpadać w śmiercionośne poczucie winy potrafiące rzucać ponure światło cierpienia na wspomnienie przeszłości, która w istocie doprowadza do zmiany, czyli powrotu pragnienia przemiany. A ta decyzja pełna determinacji i śwatła dodaje odwagi w stawaniu nad przepaścią porażek, wszelkich ułomności, z którymi nie łatwo sobie poradzić.
Charlotta tkwiła w przestrzeni całkowitej pustki, żywiołu rozwijającego się w psychice powolnie, doszczędnie niszczącego każdy promień nadziei, chwile spokoju, moment wytchnienia. Nie wiedziała co może przynieść satysfakcjonującą zmianę. Całą swoją ekpresję wewnętrzną bezgłośnie wykrzykiwała w każdym westchnieniu. Oczyszczenie, które dokonywało się w głębi jej duszy było filarem podtrzymującym rusztowania do budowy nowego życia.
Charlotta bała się powrotu choć wiedziała, że musi pożegnać Kraków i dać nową szansę staremu światu, który mimo wszystko wcale nie przypominał więzienia czy dusznego pokoju odświeżanego jedynie dzięki małemu lufcikowi ulokowanemu gdzieś wysoko, gdzie kobieca ręka nawet nie sięgnie. Siedząc w milczeniu odpowiadała na pytania dobrze znajomych twarzy. Odpowiadała grzecznie, poprawnie, wymyślając odpowiedzi spontanicznie i ku jej zaskoczeniu nie sprawiało jej to kłopotu. Przerażona swoją zdolnością bezczelnego kłamania, sama przyjęła rolę konferansjera spotkania. Rzucała pytaniami niczym kulkami lepionymi z mokrego śniegu, boleśnie rozbijającymi się nawet o puchową kurtkę. Naprawdę nie starała się być miła, taktowna. Przeważał raczej cynizm , delikatny ironizm na pocieszenie przyćmiony współczuciem i zrozumieniem. Ich magisterska grupa liczyła ponad dziesięć osób, z których każda z nich już od pierwszego roku studiów tworzyła swoją własną wizję przyszłości. I jeśli tylko absolwent filologii klasycznej może dobrowolnie wybrać sferę aktywności zawodowej, nie będzie to nic, z poza bardzo wąskiego zakresu proponowanych zajęć. Charlotta wygłaszając swój sąd dotyczący ich przyszłej kariery zawodowej, nie potrafiła odmówić sobie złośliwej uwagi, na temat konieczności uważnego chodzenia po mieście i zrywania małych kareteczek z ofertami prac proponowanych przez restauratorów lub właścicieli kawiarni. Krótko ostrzyżona dziewczyna w grubych, czarnych oprawkach, ubrana w nienagannie skrojoną bluzkę i ciemną spódnicę przypominjącą tę, którą niechętnie wkłada każda uczennica katolickiego liceum, ona właśnie najmocniej zaprotestowała przeciw wizji jej samej parzącej kawę pierwszorocznym studentom.
-Może ty nie widzisz siebie na uczelni albo w wydawictwie – odparła bardzo ostro- ja nie boję się pracy na katedrze, nie przeraża mnie nowe środowisko, a nawet wyjazd do twojego rodzinnego miasta, które mimo całego szeregu błędów widocznych na każdym kroku, jest jednak stolicą i tego niestety nie można mu odebrać. Nie wiem czemu tu przyjechałaś, miałaś zapewne swoje powody, ale dziwię Ci się, że opuściłaś taki uniwersytet. Ja nie jestem z Krakowa, dlatego nie bronię go, co więcej nie rozumiem twojej decyzji. Może po prostu uciekłaś? - dokończyła bardzo wyraźnie, nie patrząc jednak w oczy Charlotty.
Poczuła zimno, ogromny mróz przechodzący przez całe ciało począwszy od rozdwojonej końcówki włosa, a skończywszy na pomalowanym kiepskim lakierem palcu u lewej stopy. Miała rację, po prostu uciekłam – pomyślała Charlotta. Uciekłam, i to wcale nie od rodziców, nie od swojego różanego pokoju, z którego widok przestał być inspirujący już naprawdę dawno temu. Nie uciekłam też od ludzi, bo tych i tak już nie miałam zbyt wielu, a ci którzy pozostali, są częścią mnie. Uciekłam od sebie, od samej siebie, od porażek, od niepowodzeń, od braku czegoś, czego nie potrafię zdefiniować, nie potrafię, a może nie chcę... nie wiem.
Błądząc w gąszczu niepoukładanych myśli, nie potrafiła płynnie włączyć się do rozmowy. Ostra reakcja Matyldy, choć już dawno zapomniana przez resztę towarzystwa nadal huczała w głowie Charlotty. Julia, drobna blondynka, miłośniczka wyklętych poetów i amatorka plenerowej fotografii zauważyła zmieszanie i smutek koleżanki. Jednak praktykowane od dziecństwa gesty wsparcia, nie podniosły na duchu emocjonalnie leżącej Charlotty. Słowny bukiet stokrotek wręczony z ust Ani z Zielonego Wzgórza był ostatnią rzeczą jaką Charlotta miała ochotę usłyszeć.
Stać ją było jedynie na przelotny uśmiech wyrażający podziękowanie za troskę. Nie chciała odpwiadać na postanowiny zarzut po to tylko, by przyjnastępnie przyjmować z pokorą kilku wzorcowo skleconych wyjaśnień i tłumaczeń.
Wypiła zimne kakao, takie które już nie smakuje, a pozostawia mgliste wspomnienie o swoich łagodzących właściwościach. Jak dobrze, że istnieją te niezobowiązujące uśmiechy, pozornie maskujące każdy rodzaj fałszu, niewygodnego dla każdej ze stron – pomyślała triumfalnie. Dzięki wysłaniu jednego z tych mimicznych kamuflaży pozbawia się niechcianej okazji do zbudowania błyskotliwie brzmiącej riposty, kontynuowania dyskusji, która według niej nie ma sensu. Była przegrana. Pożegnawszy się ze wszytskimi wyszła pewnym krokiem na ulicę. Po raz ostatni pomyślała o swojej przyszłości w Krakowie. Ból opuszczania schroniska jakim to miasto było przez minione trzy lata porównywalny był do żegnanego przyjaciela, z którym nie prędko przyjdze się kolejny raz zobaczyć. A jeśli w ogóle, to jedynie w przelocie, tak akurat na łyk kawy. Przypomniała sobie pierwszy dzień w nowym mieście, kiedy z niepewnością wysiadła z pociągu i odetchnęła krakowskim, ciężkim od nadmiaru smogu powietrzem.
To był jeden z tych dni, kiedy słońce w całej swej obfitości ciepłych barw z przewagą królewskiego rubinu rozpłaszcza się na tafli lekko falującego jeziora. Każdy promień chcący jeszcze chwilę cieszyć wpatrujące się w horyzont oczy, walczy o przetrwanie. Niełatwo jest wyjść naprzeciw wielkiej tarczy zespalającej wszystkie małe wiązki światła w jeden ognisty okrąg. Zbyt nieśmiałe, nie potrafią samodzielnie dostarczać energii potrzebnej do funkcjonowania nawet najbardziej znieczulonej, pogrążonej w uciążliwej dla zdrowia psychicznego melancholii osobie. Miasto nad którym  słońce pochylało się w swojej całej okazałości  z wielkim wyrazem serdeczności i współczucia dla jego mieszkańców,  było spowite nieokreśloną mgłą. Mgłą będącą jakby nieskazitelną powłoką opiewającą cały ten splot ulic, układ zabudowań. Charlotta idąc Plantami zauważyła wolną ławkę. Usiadła, choć w zasięgu wzroku miała obrazek rozkwitającej miłości. Nie zważała na to, oni tym bardziej. Dziś należało jej się wszystko, nawet przystąpienie do komunii bez wcześniejszej skruchy i aktu pokuty. Otworzyła swój stary notes, który nosiła ze sobą nieprzerwanie od dnia przyjazdu. Kupiony na Kazimierzu służył jej wiernie przechowując nieliczne wcale myśli i spostrzeżenia. Charlotta zaniechała pisania przez ten cały czas trzech lat. Notowała jedynie to, co uznała za najbardziej wartościowe czy też po prostu warte zapamiętania. Po dwóch latach życia w Muzeum napisała : W tym królewskim pomniku intrygujące są kamienice. Chcąc je scharakteryzować nie można znaleźć odpowiedniego zestawu przymiotników oddających istotę oraz specyfikę tych starych zabudowań. Nie są one wszak piękne, nie są nawet intrygujące w zestawieniu kolorów czy rozwiązań architektonicznych. Po prostu są. Na każdej ulicy wyrastają tworząc wdzięczny szereg wiekowych zabudowań. Ich przybrudzone elewacje przypominają stare, kawiarniane tace, na których wylana przez przypadek kawa i zastygnięty wosk z dogasającej świecy, tworzą swoistą mapę dającą niejasny całkiem obraz wszystkich gości przesiadujących    godzinami w zapadłych fotelach. Każda z kamienic pisze swoją własną historię, która  przyciąga jak magnes  spragnionych smaków cudzego życia, a niekiedy znudzonych swoim, odwiedzających miasto turystów.
.
Kraków nigdy nie zdradził swojej tajemnicy . To miejsce jest zrazem hermetycznie zamknięte na każdą, obcą ingerencję, a jednocześnie otwarte, na każdego kto chciałby przypatrzeć mu się z bliska. Toteż w owych majestatycznych kamienicach możemy uświadczyć nieprzyzwoicie kawiarnianej atmosfery, gdzie cygara same żłobią sobie miękkie legowisko w różowych lub sinych od zima ustach ludzi, a poranne kawy o gęstym, słodkim spienionym mleku, a następnie wina o brawie głębokiej czerwieni same wlewają się do niedomytych często naczyń. Specyfika każdej z kawiarni jest nieuchwytna dla przeciętnego bywalca. By wczuć się w pełni w l’ambiance tamtych miejsc, należy przebywać w nich samotnie, nie planować gdzie napijemy się wina, a gdzie zjemy drugie śniadanie. Trzeba poddać się rytmowi oraz intuicji miasta, bo ono wie dokładnie dokąd nas zaprowadzić byśmy poczuli rozkosz Przebywania.
Owo Przebywanie jest bardzo istotną czynnością, ponieważ stanowi pewien rodzaj stylu życia, który mieszkańcy opanowują do perfekcji już od najmłodszych lat swojego bytowania w tym przedziwnym tworze zwanym dumnie Krakowem. Przebywanie nie polega jedynie na oddawaniu się chwili, zapominaniu o sprawach bieżących, poprzez zatapianie się w opasłych tomiskach powieści sprzedawanych na wagę w licznych antykwariatach znajdujących się na dachach kamienic. Czynność ta jest swoistą celebracją rozsmakowywania się tym, co nas otacza. Okoliczności dają Przebywaczom poczucie różnorodności, co w całej melancholii jest zbawienne, gdyż chroni od zupełnej znieczulicy na odgłosy dnia codziennego. Zmieniające się przestrzenie, ludzie siedzący tuż obok, całość ferii smaków i zapachów dolatujących zza baru, to wszystko sprawia, że przebywanie staje się sposobem życia. Nieustanna obserwacja i zaabsorbowanie chwilą pozwala przetrwać w Mieście ludzi wiecznie pogrążonych w swoich własnych myślach.
Chcąc klarownie przedstawić sylwetkę tego miejsca, nie można pozwolić sobie jedynie na bezkarne przypatrywanie się ludziom, i wyciąganiu wniosków z obserwacji. Obraz ten byłby wszak zniekształcony, nasycony sztucznymi barwami, a postaci i miejsca nie przyciągały by głodnych egzotyki oczu odbiorców. Należy spojrzeć więc głębiej, zbadać puls miasta  przez pryzmat ludzkiej duszy.
Zamknęła notes. Miłość z ławki obok gdzieś zniknęła. Nie zauważyła ich. Przypatrywała się dojrzałym kasztanom. One też kazały jej wyjeżdżać. Odrobiłam lekcję- pomyślała- poddałam to miasto wszystkim możliwym badaniom, zabiegom, rentgenom. Wsłuchałam się w płuca każdej kamienicy, która zaprosiła mnie do swojego wnętrza by wreszcie sprawdzić puls ludzi, których spotkałam i którzy są lub byli mi bliscy. Opuszczam Kraków jak pacjenta po owocnie przeprowadzonej operacji. Czasem będę przyjeżdżać z wizytą, ot tak, w ramach kontroli. Ale nie chcę już dłużej udawać, że badając miasto, nie analizuję siebie. Wcielanie się w rolę lekarza czy etnografa staje się naiwne nawet w moich własnych oczach. Miasto jest zdrowe, ja cierpię na przewlekłe przeziębienie. Nie wyleczę się jednak samym wdychaniem kojącego powietrza. Chyba nadszedł czas zdjęcia wszystkich plastrów przyklejanych z wielką precyzją przez ostatnie parę lat.
.
Kolacja pożegnalna była absolutnym fenomenem. Po wypiciu włoskiego morza czerwonego zawartego  w kilku butelkach, Stefan pierwszy raz w życiu nie zmył naczyń i pozwolił by resztka jedzenia przystroiła wyszorowaną na kolanach czystą podłogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz