poniedziałek, 7 listopada 2011

retrospekcja


Wewnętrzne rozedrganie towarzyszące zapaleniu papiersa i uniesieniu lekkiej walizki, towarzyszyło jej aż do przystanku autobusowego. Wiedziała doskonale dokąd powinna się udać. Kościół św. Cecylii, to właśnie tam zawsze znajdowała spokój, ciszę, a przede wszystkim schronienie od zimna, które ją przerażało. Kiedy w okresie największych mrozów  wracała pospiesznie do domu, zawsze wstępowała do tego małego kościoła by ogrzać zmarznięte dłonie, ponieważ  jako jedyna świątynia w mieście był naprawdę ocieplany, a  dodatkowo w nawie bocznej zawsze wyczuwalny był zapach kawy wędrujący wprost z kawiarni znadującej się zaraz przy kościele. Jednak kawiarnia, do której Charlotta miała niebywałą słabość, spędzała sen z powiek proboszczowi św.Cecylii. Niestety właściciele, samozwańczy buddyści absolutnie nie pragnęli zawierać serdecznej relacji z sąsiadami i nawet w Wielki Piątek niedostosowywali się do próśb proboszcza o natychmiastowe ściszenie muzyki. Niemniej Charlotta uwielbiała te dwa skonfliktowane miejsca, toteż po wyjściu z kościoła, ze spuszczonym wzorkiem wkraczała do enklawy amatorów wschodnich prądów religijno- filozoficznych. Nigdy jednak nie patrzyła nawet w stronę pokoju medytacyjnego. Wiedziała gdzie i jak kończą się  zabawy z umsyłem. Wypijała jednie filizanę herbaty czy kieliszek rubinowego wina i jeśli nikogo znajomego nie było w pobliżu, zwyczajnie wychodziła lub jeśli jakiś stolik z rozrzuconymi książkami był wolny, zasiadywała w wygodnym fotelu i biorąc jedną, drugą, trzecią wreszcie czwartą pozycję stawierdzała, że te wszystkie materiały o technikach medytacyjnych należałoby spalić na stosie inkwizycyjnym. Zdenerwowana,  pospiesznie wychodziła.
Jednak tamtego, wczesnojesiennego wieczoru nie wstąpiła nawet na małą czarkę herbaty. Kiedy już  ludzkie możliwości kontemplacyjne wyczerpały się całkowicie, Charlotta, wzięła więc swoją walizkę i powoli krocząc po czerwonym dywanie kierowała się w stronę wyjścia. Przed ostateczną decyzją o spędzeniu nocy w podróży do jednego z innych miast niż TO, spojrzała na mały ołtarz zastawiony małymi wazonikami. Swięty, któreg ręka niemal miażdżyła małe nożki Dzieciątka,patrzył na nią zupełnie innym wzorkiem niż zazwyczaj. To nie były te same oczy łaskawie ogarniające różnokolorowe berety miłośniczek maratonów kościelnych nabożeństw. Spojrzenie Charlotta odczytała bardzo sugestywnie. Jadę do Krakowa, pomyśłała. Przecież próśb i wskazówek świętych patronów, a już szczególnie opiekunów miast nawet  słucha sam Stwórca .
Trzy lata spędzone w mieście, któremu zegary odmówiły posłuszeńśtwa, dorywcze prace, radość z możliwości przebywania tam ,  gdzie zawsze pragnęła wyjechać. Z dala od wszelkich, niepotrzebnych kontaktów, znajomych miejsc, popołudni spędzanych w jej różanym pokoju w kamienicy. Nowa uczelnia jakże inna od starej, zupełnie nie odpowiadającej oczekiwaniom Charlotty, zdawała się być enklawą wszelkich dążeń i niezaspokojonych pragnień intelektualnuch. To tu mogła odetchnąć wreszcie nowym powietrzem pełnym inspiracji, szaleńczej energii do pracy. Po dwóch tygodniach spędzonych z bratem troszczącym się o nią niemal jak o własną córkę, postanowiła nie angażować emocjonalnie i tak już wrażliwego naukowca fizyki i pakując walizki po raz kolejny, wynajęła mieszkanie na poddaszu jednej z kamienic, oznajmiając przy tym, że teraz na pewno odzyska spokój i siłę do dalszego studiowania. Biedny Stefan nie wiedział jak powinien zareagowć. Może wypadałoby ją zatrzymać, zadzwnić do matki? -pomyślał. Widząc jednak jej całkowite zdeterminowanie zrezygnował z jakiejkolwiek interwencji.  Jej małą portmonetkę wyposażył więc w sumę wystarczającą na opłacenie mieszkania i codziennego bajgla, a na pożegnanie przytulił ją tak, jak nigdy tego nie robił, z czułością oraz całkowitym zrozumieniem.
Przez cały ten czas spotykali się dość często by wypić popołudniową kawę, zjeść kolację czy po prostu porozmawiać.  I choć praktykowanie tej ostatniej czynności nie przychodziło im z łatwością, więzy rodzinne znacznie łagodziły każdy przejaw konwersacyjnej dysharmonii. Stefan nigdy nie pozwolił by Charlotta chadzała do barów, gdzie plastik imituje jedzenie, toteż jeśli pensja nie wypłacana była w terminie, a pieniądze z  napiwków zbyt szybko zamieniały się w kolejne książki lub płyty, on jako starszy brat zają się nawet kwestią gastronomiczną. Bardzo szczupły, przystojny na tyle by podczas rozmowy można mu było śmiało patrzeć w oczy, nie miał nikogo z kim dzieliłby życie i pasje, której nie pielęgnuje i nie rozwiwa się jedynie dla siebie. Miłość do gotowania odziedziczył po babce, tej która mieszkała w dworku szlacheckim na Mazowszu, ale której niestety wojna nie pozwoliła zbyt długo cieszyć się dostatkiem. Wyjechała wraz ze swoim niemłodym już mężem do Stanów by tam się zestrzeć i umrzeć jako gospodyni domowa. Nie otrzymawszy po babci nawet skromnego majątku w postaci pieniężnej, Stefan odziedziczył jednak coś wyjątkowego – nieprzeciętny talent kucharski, który przjeawiał się już od najmłodszych lat. Mieszkając jeszcze w Stanach, zawsze wyciągał wielkie pamiętniki babci, by w tajemnicy przed nią oglądać zapisane drobnym maczkiem pożółkłe już strony opatrzone nieco większymi obrazkami przedstawiającymi dania, napoje, konfitury, sałaty. Uwagę budziły przede wszystkim  słodkości, wszelkie desery, olbrzymie ciasta z kremem lub z owocami. Uwielbiał otwierać te stare tomy, nierzadko wzbogacone o zasuszone zioła pełniące funkcję finezyjnej zakładki. Zakazane pamiętniki, zapisane niezidentyfikowaną wówczas treścią robiły na pięciolatku wrażenie niezwykłe, takie które nawet po latach wszczepiało w umysł kolejną dawkę inspiracji. Wraz z upływem czasu owe dzienniki obrastały legendą, stawały się obiektem pożądania, po to by nadać im miano relikwii. Wiele sporów toczyło się wokół rękopisów babci, każde z trójki dzieci chciało posiadać je na własność, niemniej jednak to właśnie matce Charlotty i Stefana przypadł zaszczyt przetransportowania ich do Polski wraz z ostateczną decyzją o powrocie. Stefan, wykształcając w sobie skłonność do konsekwencji, będąc już poważnym uczniem trzeciej klasy, postanowił wykorzystać umiejętność czytania i kiedy rodziców nie było w domu, a mała Charlotta bawiła się w swoim pokoju, wchodził do kuchni i z wypiekami na twarzy szukał przepisu, wymagającego jedynie tych składników, które nieświadome przeznaczenia leżały spokojnie  w szafce kuchennej. Mieszał, rozpuszczał, drobno kroił, ubijał by wreszcie wyjąć okazałe ciasto, którego aromatem wypełnił się każdy kąt domu. Rodzice przyzwyczajeni do niespodzianek wracali  pełni obaw, z podwyższonym ciśnieniem, w całkowitym milczeniu i dźwięczącym pytaniem czy i tym razem zastaną dom nienaruszony przez ogień, wodę lub inny żywioł wywołany twórczą aktywnością ich syna.
Mając dwadzieścia dziewięć lat nadal pielęgnował wpojony talent i mimo rzadkich okazji ukazywania światu swoich zdolności, cieszył się jak dziecko kiedy otwierając okno, wpuszczając letnie powietrze i zagłębiając się w  pamiętnik babci czytał o możliwościach kombinacji  letnich warzyw i owoców wchodzących ze sobą w trzymiesięczne romanse.  Przepisy wzbogacone o narysowane przez babcie komiksy, stawały się najlepszą lekturą na długie, letnie wieczory. To właśnie w owe gorące  popołudnia ich dom wypełniony był gośćmi o bradzo różnej profesji, co można było wysnuć z analizy tych malutkich obrazków kreślonych przez babcię podczas spotkania na werandzie.
Babcię oprócz talentu kulinarnego i niewątpliwie pisarskiego, wyróżniała także ciekawa kreska, zamiłowanie do tworzenia portretów, nierzadko na granicy obrazy, toteż każda niestosowność zauważona przez babcię podczas spotkania, niewątpliwie znajdowała swoje odwierciedlenie w jej małych dziełach tworzonych na potrzeby własne.
Stefan oprócz codziennych zajęć ze studentami i czasem przeznaczonym na pracę naukową, odnalazł więc swoje nowe powołanie. Na każde spotkanie z siostrą wymyślał kolejny zestaw obiado – kolacji poszerzony o deser jego autorstwa. Czekał każdego końca miesiąca kiedy to Charlotta nie proponowała jedynie godzinnej kawy, ale ze spuszczoną głową stawała w dzwiach jego mieszkania. Wiedziała jak ważne są te spotkania, jak bardzo pomaga bratu w pokonywaniu samotności. Sytuacja zmieniła się jednak na trzecim roku, gdy w życiu Charlotty nagle rozkwitła miłość. Trwało to pół roku. Całe sześć miesięcy bez gotowania, ubijania, smażenia krojenia dla jedynego odbiorcy pracy Stefana.  Rozumiał, ale było mu z tym jakoś niwygodnie. Ucieszył się więc, gdy siostra oznajmiła, że w jej życiu zaczęła się kolejna jesień. Życzył jej jak najlepiej, ale wówczas wiadomość o całkowitej wolności rozpoczęła w jego życiu kolejny okres dziecięcej radości. Miał dla kogo gotować, a więc żył.

Charlotta uwielbiała przypominać sobie te trzy lata w Krakowie, pierwszą pracę, potem krótki staż, pasje z jaką Stefan kroił pomidory, a potem smażył je w oliwie z odrobiną czosnku i całą garscią bazylii, rozczarowanie jakie przyniosła świadomość, że wyjazd w gruncie rzeczy nic nie zmienia. Wszystkim tym ,czego teraz potrzebowała była cisza niezbędna do rozbijania na cząstki przestrzeni pamięci. To właśnie w chwilach gdy wypijane samotnie kakao staje się jedynym towarzyszem, a każde obce ciało spotkane na drodze dziwnie wadzi w odbiór rzeczywistości, kiedy zasłysznay głos brzmi niewdzięcznie, a brak melodii wybudza ze snu o idyllicznym współżyciu społecznym, takie momenty są nieznośnie inspirujące nawet dla osoby, która właśnie skończyła studia i nie ma planu na kolejny rozdział pamiętnika. Dyplom z filologii klasycznej dotyczący tragedii Eurypidesa obroniony na mocne cztery i zerowe doświadczenie w pracy zawodowej nie rozświetlały przyszłości Charlotty. Nie chciała wracać do rodziców, od których niemal z chorągwią manifestacyjną w dłoni wyprowadziła się trzy lata temu. Co prawda kochani rodzice powtarzali przy okazji każdych świąt spędzanych wspólnie, że pokój czeka na nią nadal niezamieszkały, ale zgoda na ich propozycję wydawała się poniesiem gorszej porażki niż nie obronienie dyplomu. Przypomniała sobie tamten wieczór i wypijając łyk aromatycznego kaka ubarwionego odpowiednią ilością miodu, próbowała odtworzyć emocje i ten dziwny, wewnętrznie skłócony stan w jej ciele i umyśle. Siedząc w jednej z krakowskich kawiarni, całkowicie wyłączona myślami nie zważala na osoby, z którymi przyszła świętować początek nowego życia. Uśmiechnęła się delikatnie żeby zasygnalizować swoją uwagę i tym sposobem oddaliła się o lata świetlne od codzienności, a raczej wyjątkowości chwili. Pomyślała, że tak jak trzy lata temu, teraz definitywnie skończyła dzieciństwo, a zaczęła dorosłość, do której w ogółe nie jest przygotowana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz