wtorek, 15 listopada 2011

pakiet wizualno-słowny

Wczoraj i przedwczoraj ktoś mówił coś bardzo mądrego, prostego, słowem wartego włączenia, wydrążenia w życie, tka po prostu. Są takie momenty gdy  każde zasłyszane słowo jest wchłaniane, filtrowane, przyjmowane przez ciało i umysł, zupełnie tak jakby było najlepszym balsamem z nad Morza Czerwonego.  Niekiedny jednak jest ono  tak rewolucyjne bądź całkowicie oczywiste, że pochylanie się nad nim zostaje uznane za pozbawione sensu. I tak jak w pierwszym przypadku, ma ono szanse trafić jednak na płodny grunt, i mimo wszystko wydać z siebie owoc, tak w drugim przypadku, kiedy jest ono szare i codzienne, szansy rozrostu jest ono właściwie zupełnie pozbawione. I chyba moja w tym głowa żeby zasłyszaną "treścią" zainteresować się bardziej, a na pewno "czynniej", nie zaś biernie.
Dostając prezent w postaci inspiracji mogę śmiało powiedzieć, że listopadowy Święty Mikołaj patrzy bardzo uważanie czego naprawdę potrzebuje. I kiedy to ja chciałam szukać miejsca, gdzie można Posłuchać i Doświadczyć, ten pakiet słowno-wizualny przeszedł do mnie. Tu, bliziutko, trzy kroki od domu. Dlatego karygodnym marnotractwem byłoby zbeszczeszczenie ziarenka, które zaczęło już kiełkować. Stąd właśnie obiecuję sobie podlewać to, co siedzi głęboko w ziemi, by za jakiś czas wyrosło, rozkwitło i oko cieszyło jeszcze długo, dlugo. Aż do następnego zasiewu.

wtorek, 8 listopada 2011

powieściowo

Coraz ciemniej, łysiej, a jednak słonecznie. Brodzimy w żółtych liściach, bo tylko takie wyścielają naszą okolicę. Próbujemy dostrzedz przebłysk czerwieni i raczej nam się nie udaje. Krzątamy się po parku, dziś nawet byliśmy pod lasem i niestety czerwone liście jakby zniknęły. Może ich jesienna barwa zależy od rodzaju drzewa ? A może moja ignorancja na lekcjach biologii posunęła się do tego stopnia, że nie zarejestrowałam najbardziej oczywistych treści i teraz miast tłumaczyć nieświadomemu, małemu człowiekowi, w czym pluskają się kółka jego wózka, i dlaczego akurat w tym, pozwalam sobie na śmiałe przemyślenia, których w kopalni wiedzy wszelakiej nie zidentyfikuję. A mogłabym, bo przecież posiadam błogosławiony dostęp do owej bezdennej, politematycznej studni.
Oj tam, oj tam, liście liśćmi(bo nie "liściami" co pasowałoby tu idealnie), są rzeczy znacznie ciekawsze. Ot, choćby Madame A. Libery. Czasem dobrze sięgnąć po książkę raz jeszcze. Może zaledwie kilka razy zdołałam przeczytać coś po raz drugi. Uważam, że cenny czas, który teraz jest cenny o wiele bardziej, niż kiedykolwiek indziej, należy wykorzystywać w stu procentach, a czytanie dwa razy tej samej powieści(wiersz czy opowiadanie to zupełnie inna historia)  jest właśnie takim marnotrawstwem. Nic bardziej mylnego. Konstruowane zdania, choć płynnie i z wdziękiem układające się w ciekawą historię o barokowym plenerze, można czytać bezkarnie, bo zupełnie inaczej wybrzmią one w myślach w wieku lat nastu, dwudziestu, trzydziestu czy sześćdziesięciu. To jest właśnie fenomen. Czytelnik się zmienia, a zdania mimo, że w formie i treści pozostają identyczne przez całe życie tekstu, to jednak ich wydźwięk nabiera nowego kolorytu.

powroty


Powroty cechuje nieokreślony formalizm, pewna sztywność, nieśmiałość. Powrót zaszczepia chęć kreacji nowej rzeczywistości, bazując jednak na starych imuplsach. Każdy krok ku nowości jest poprzedzony pewngo rodzaju uwstecznieniem, ponieważ bogactwo doświadczeń, pomimo zmiany ich formatu, nadal pozostaje w pamięci. Powroty są naznaczone przeszłością. Powrót oraz nowa jakość sukcesywnie tworzona buduje przestrzeń rozkładu dla tego co minione. Teraźniejszość opatrzona stygmatami przeszłości nie potrafi zapomnieć i pozwolić by wszelkie doświadczenia zostały zabliźnione. Musi je więc przyjąć i uznać za swoje, zaakceptować w pełni, czasem żałować, lecz nie wpadać w śmiercionośne poczucie winy potrafiące rzucać ponure światło cierpienia na wspomnienie przeszłości, która w istocie doprowadza do zmiany, czyli powrotu pragnienia przemiany. A ta decyzja pełna determinacji i śwatła dodaje odwagi w stawaniu nad przepaścią porażek, wszelkich ułomności, z którymi nie łatwo sobie poradzić.
Charlotta tkwiła w przestrzeni całkowitej pustki, żywiołu rozwijającego się w psychice powolnie, doszczędnie niszczącego każdy promień nadziei, chwile spokoju, moment wytchnienia. Nie wiedziała co może przynieść satysfakcjonującą zmianę. Całą swoją ekpresję wewnętrzną bezgłośnie wykrzykiwała w każdym westchnieniu. Oczyszczenie, które dokonywało się w głębi jej duszy było filarem podtrzymującym rusztowania do budowy nowego życia.
Charlotta bała się powrotu choć wiedziała, że musi pożegnać Kraków i dać nową szansę staremu światu, który mimo wszystko wcale nie przypominał więzienia czy dusznego pokoju odświeżanego jedynie dzięki małemu lufcikowi ulokowanemu gdzieś wysoko, gdzie kobieca ręka nawet nie sięgnie. Siedząc w milczeniu odpowiadała na pytania dobrze znajomych twarzy. Odpowiadała grzecznie, poprawnie, wymyślając odpowiedzi spontanicznie i ku jej zaskoczeniu nie sprawiało jej to kłopotu. Przerażona swoją zdolnością bezczelnego kłamania, sama przyjęła rolę konferansjera spotkania. Rzucała pytaniami niczym kulkami lepionymi z mokrego śniegu, boleśnie rozbijającymi się nawet o puchową kurtkę. Naprawdę nie starała się być miła, taktowna. Przeważał raczej cynizm , delikatny ironizm na pocieszenie przyćmiony współczuciem i zrozumieniem. Ich magisterska grupa liczyła ponad dziesięć osób, z których każda z nich już od pierwszego roku studiów tworzyła swoją własną wizję przyszłości. I jeśli tylko absolwent filologii klasycznej może dobrowolnie wybrać sferę aktywności zawodowej, nie będzie to nic, z poza bardzo wąskiego zakresu proponowanych zajęć. Charlotta wygłaszając swój sąd dotyczący ich przyszłej kariery zawodowej, nie potrafiła odmówić sobie złośliwej uwagi, na temat konieczności uważnego chodzenia po mieście i zrywania małych kareteczek z ofertami prac proponowanych przez restauratorów lub właścicieli kawiarni. Krótko ostrzyżona dziewczyna w grubych, czarnych oprawkach, ubrana w nienagannie skrojoną bluzkę i ciemną spódnicę przypominjącą tę, którą niechętnie wkłada każda uczennica katolickiego liceum, ona właśnie najmocniej zaprotestowała przeciw wizji jej samej parzącej kawę pierwszorocznym studentom.
-Może ty nie widzisz siebie na uczelni albo w wydawictwie – odparła bardzo ostro- ja nie boję się pracy na katedrze, nie przeraża mnie nowe środowisko, a nawet wyjazd do twojego rodzinnego miasta, które mimo całego szeregu błędów widocznych na każdym kroku, jest jednak stolicą i tego niestety nie można mu odebrać. Nie wiem czemu tu przyjechałaś, miałaś zapewne swoje powody, ale dziwię Ci się, że opuściłaś taki uniwersytet. Ja nie jestem z Krakowa, dlatego nie bronię go, co więcej nie rozumiem twojej decyzji. Może po prostu uciekłaś? - dokończyła bardzo wyraźnie, nie patrząc jednak w oczy Charlotty.
Poczuła zimno, ogromny mróz przechodzący przez całe ciało począwszy od rozdwojonej końcówki włosa, a skończywszy na pomalowanym kiepskim lakierem palcu u lewej stopy. Miała rację, po prostu uciekłam – pomyślała Charlotta. Uciekłam, i to wcale nie od rodziców, nie od swojego różanego pokoju, z którego widok przestał być inspirujący już naprawdę dawno temu. Nie uciekłam też od ludzi, bo tych i tak już nie miałam zbyt wielu, a ci którzy pozostali, są częścią mnie. Uciekłam od sebie, od samej siebie, od porażek, od niepowodzeń, od braku czegoś, czego nie potrafię zdefiniować, nie potrafię, a może nie chcę... nie wiem.
Błądząc w gąszczu niepoukładanych myśli, nie potrafiła płynnie włączyć się do rozmowy. Ostra reakcja Matyldy, choć już dawno zapomniana przez resztę towarzystwa nadal huczała w głowie Charlotty. Julia, drobna blondynka, miłośniczka wyklętych poetów i amatorka plenerowej fotografii zauważyła zmieszanie i smutek koleżanki. Jednak praktykowane od dziecństwa gesty wsparcia, nie podniosły na duchu emocjonalnie leżącej Charlotty. Słowny bukiet stokrotek wręczony z ust Ani z Zielonego Wzgórza był ostatnią rzeczą jaką Charlotta miała ochotę usłyszeć.
Stać ją było jedynie na przelotny uśmiech wyrażający podziękowanie za troskę. Nie chciała odpwiadać na postanowiny zarzut po to tylko, by przyjnastępnie przyjmować z pokorą kilku wzorcowo skleconych wyjaśnień i tłumaczeń.
Wypiła zimne kakao, takie które już nie smakuje, a pozostawia mgliste wspomnienie o swoich łagodzących właściwościach. Jak dobrze, że istnieją te niezobowiązujące uśmiechy, pozornie maskujące każdy rodzaj fałszu, niewygodnego dla każdej ze stron – pomyślała triumfalnie. Dzięki wysłaniu jednego z tych mimicznych kamuflaży pozbawia się niechcianej okazji do zbudowania błyskotliwie brzmiącej riposty, kontynuowania dyskusji, która według niej nie ma sensu. Była przegrana. Pożegnawszy się ze wszytskimi wyszła pewnym krokiem na ulicę. Po raz ostatni pomyślała o swojej przyszłości w Krakowie. Ból opuszczania schroniska jakim to miasto było przez minione trzy lata porównywalny był do żegnanego przyjaciela, z którym nie prędko przyjdze się kolejny raz zobaczyć. A jeśli w ogóle, to jedynie w przelocie, tak akurat na łyk kawy. Przypomniała sobie pierwszy dzień w nowym mieście, kiedy z niepewnością wysiadła z pociągu i odetchnęła krakowskim, ciężkim od nadmiaru smogu powietrzem.
To był jeden z tych dni, kiedy słońce w całej swej obfitości ciepłych barw z przewagą królewskiego rubinu rozpłaszcza się na tafli lekko falującego jeziora. Każdy promień chcący jeszcze chwilę cieszyć wpatrujące się w horyzont oczy, walczy o przetrwanie. Niełatwo jest wyjść naprzeciw wielkiej tarczy zespalającej wszystkie małe wiązki światła w jeden ognisty okrąg. Zbyt nieśmiałe, nie potrafią samodzielnie dostarczać energii potrzebnej do funkcjonowania nawet najbardziej znieczulonej, pogrążonej w uciążliwej dla zdrowia psychicznego melancholii osobie. Miasto nad którym  słońce pochylało się w swojej całej okazałości  z wielkim wyrazem serdeczności i współczucia dla jego mieszkańców,  było spowite nieokreśloną mgłą. Mgłą będącą jakby nieskazitelną powłoką opiewającą cały ten splot ulic, układ zabudowań. Charlotta idąc Plantami zauważyła wolną ławkę. Usiadła, choć w zasięgu wzroku miała obrazek rozkwitającej miłości. Nie zważała na to, oni tym bardziej. Dziś należało jej się wszystko, nawet przystąpienie do komunii bez wcześniejszej skruchy i aktu pokuty. Otworzyła swój stary notes, który nosiła ze sobą nieprzerwanie od dnia przyjazdu. Kupiony na Kazimierzu służył jej wiernie przechowując nieliczne wcale myśli i spostrzeżenia. Charlotta zaniechała pisania przez ten cały czas trzech lat. Notowała jedynie to, co uznała za najbardziej wartościowe czy też po prostu warte zapamiętania. Po dwóch latach życia w Muzeum napisała : W tym królewskim pomniku intrygujące są kamienice. Chcąc je scharakteryzować nie można znaleźć odpowiedniego zestawu przymiotników oddających istotę oraz specyfikę tych starych zabudowań. Nie są one wszak piękne, nie są nawet intrygujące w zestawieniu kolorów czy rozwiązań architektonicznych. Po prostu są. Na każdej ulicy wyrastają tworząc wdzięczny szereg wiekowych zabudowań. Ich przybrudzone elewacje przypominają stare, kawiarniane tace, na których wylana przez przypadek kawa i zastygnięty wosk z dogasającej świecy, tworzą swoistą mapę dającą niejasny całkiem obraz wszystkich gości przesiadujących    godzinami w zapadłych fotelach. Każda z kamienic pisze swoją własną historię, która  przyciąga jak magnes  spragnionych smaków cudzego życia, a niekiedy znudzonych swoim, odwiedzających miasto turystów.
.
Kraków nigdy nie zdradził swojej tajemnicy . To miejsce jest zrazem hermetycznie zamknięte na każdą, obcą ingerencję, a jednocześnie otwarte, na każdego kto chciałby przypatrzeć mu się z bliska. Toteż w owych majestatycznych kamienicach możemy uświadczyć nieprzyzwoicie kawiarnianej atmosfery, gdzie cygara same żłobią sobie miękkie legowisko w różowych lub sinych od zima ustach ludzi, a poranne kawy o gęstym, słodkim spienionym mleku, a następnie wina o brawie głębokiej czerwieni same wlewają się do niedomytych często naczyń. Specyfika każdej z kawiarni jest nieuchwytna dla przeciętnego bywalca. By wczuć się w pełni w l’ambiance tamtych miejsc, należy przebywać w nich samotnie, nie planować gdzie napijemy się wina, a gdzie zjemy drugie śniadanie. Trzeba poddać się rytmowi oraz intuicji miasta, bo ono wie dokładnie dokąd nas zaprowadzić byśmy poczuli rozkosz Przebywania.
Owo Przebywanie jest bardzo istotną czynnością, ponieważ stanowi pewien rodzaj stylu życia, który mieszkańcy opanowują do perfekcji już od najmłodszych lat swojego bytowania w tym przedziwnym tworze zwanym dumnie Krakowem. Przebywanie nie polega jedynie na oddawaniu się chwili, zapominaniu o sprawach bieżących, poprzez zatapianie się w opasłych tomiskach powieści sprzedawanych na wagę w licznych antykwariatach znajdujących się na dachach kamienic. Czynność ta jest swoistą celebracją rozsmakowywania się tym, co nas otacza. Okoliczności dają Przebywaczom poczucie różnorodności, co w całej melancholii jest zbawienne, gdyż chroni od zupełnej znieczulicy na odgłosy dnia codziennego. Zmieniające się przestrzenie, ludzie siedzący tuż obok, całość ferii smaków i zapachów dolatujących zza baru, to wszystko sprawia, że przebywanie staje się sposobem życia. Nieustanna obserwacja i zaabsorbowanie chwilą pozwala przetrwać w Mieście ludzi wiecznie pogrążonych w swoich własnych myślach.
Chcąc klarownie przedstawić sylwetkę tego miejsca, nie można pozwolić sobie jedynie na bezkarne przypatrywanie się ludziom, i wyciąganiu wniosków z obserwacji. Obraz ten byłby wszak zniekształcony, nasycony sztucznymi barwami, a postaci i miejsca nie przyciągały by głodnych egzotyki oczu odbiorców. Należy spojrzeć więc głębiej, zbadać puls miasta  przez pryzmat ludzkiej duszy.
Zamknęła notes. Miłość z ławki obok gdzieś zniknęła. Nie zauważyła ich. Przypatrywała się dojrzałym kasztanom. One też kazały jej wyjeżdżać. Odrobiłam lekcję- pomyślała- poddałam to miasto wszystkim możliwym badaniom, zabiegom, rentgenom. Wsłuchałam się w płuca każdej kamienicy, która zaprosiła mnie do swojego wnętrza by wreszcie sprawdzić puls ludzi, których spotkałam i którzy są lub byli mi bliscy. Opuszczam Kraków jak pacjenta po owocnie przeprowadzonej operacji. Czasem będę przyjeżdżać z wizytą, ot tak, w ramach kontroli. Ale nie chcę już dłużej udawać, że badając miasto, nie analizuję siebie. Wcielanie się w rolę lekarza czy etnografa staje się naiwne nawet w moich własnych oczach. Miasto jest zdrowe, ja cierpię na przewlekłe przeziębienie. Nie wyleczę się jednak samym wdychaniem kojącego powietrza. Chyba nadszedł czas zdjęcia wszystkich plastrów przyklejanych z wielką precyzją przez ostatnie parę lat.
.
Kolacja pożegnalna była absolutnym fenomenem. Po wypiciu włoskiego morza czerwonego zawartego  w kilku butelkach, Stefan pierwszy raz w życiu nie zmył naczyń i pozwolił by resztka jedzenia przystroiła wyszorowaną na kolanach czystą podłogę.

poniedziałek, 7 listopada 2011

retrospekcja


Wewnętrzne rozedrganie towarzyszące zapaleniu papiersa i uniesieniu lekkiej walizki, towarzyszyło jej aż do przystanku autobusowego. Wiedziała doskonale dokąd powinna się udać. Kościół św. Cecylii, to właśnie tam zawsze znajdowała spokój, ciszę, a przede wszystkim schronienie od zimna, które ją przerażało. Kiedy w okresie największych mrozów  wracała pospiesznie do domu, zawsze wstępowała do tego małego kościoła by ogrzać zmarznięte dłonie, ponieważ  jako jedyna świątynia w mieście był naprawdę ocieplany, a  dodatkowo w nawie bocznej zawsze wyczuwalny był zapach kawy wędrujący wprost z kawiarni znadującej się zaraz przy kościele. Jednak kawiarnia, do której Charlotta miała niebywałą słabość, spędzała sen z powiek proboszczowi św.Cecylii. Niestety właściciele, samozwańczy buddyści absolutnie nie pragnęli zawierać serdecznej relacji z sąsiadami i nawet w Wielki Piątek niedostosowywali się do próśb proboszcza o natychmiastowe ściszenie muzyki. Niemniej Charlotta uwielbiała te dwa skonfliktowane miejsca, toteż po wyjściu z kościoła, ze spuszczonym wzorkiem wkraczała do enklawy amatorów wschodnich prądów religijno- filozoficznych. Nigdy jednak nie patrzyła nawet w stronę pokoju medytacyjnego. Wiedziała gdzie i jak kończą się  zabawy z umsyłem. Wypijała jednie filizanę herbaty czy kieliszek rubinowego wina i jeśli nikogo znajomego nie było w pobliżu, zwyczajnie wychodziła lub jeśli jakiś stolik z rozrzuconymi książkami był wolny, zasiadywała w wygodnym fotelu i biorąc jedną, drugą, trzecią wreszcie czwartą pozycję stawierdzała, że te wszystkie materiały o technikach medytacyjnych należałoby spalić na stosie inkwizycyjnym. Zdenerwowana,  pospiesznie wychodziła.
Jednak tamtego, wczesnojesiennego wieczoru nie wstąpiła nawet na małą czarkę herbaty. Kiedy już  ludzkie możliwości kontemplacyjne wyczerpały się całkowicie, Charlotta, wzięła więc swoją walizkę i powoli krocząc po czerwonym dywanie kierowała się w stronę wyjścia. Przed ostateczną decyzją o spędzeniu nocy w podróży do jednego z innych miast niż TO, spojrzała na mały ołtarz zastawiony małymi wazonikami. Swięty, któreg ręka niemal miażdżyła małe nożki Dzieciątka,patrzył na nią zupełnie innym wzorkiem niż zazwyczaj. To nie były te same oczy łaskawie ogarniające różnokolorowe berety miłośniczek maratonów kościelnych nabożeństw. Spojrzenie Charlotta odczytała bardzo sugestywnie. Jadę do Krakowa, pomyśłała. Przecież próśb i wskazówek świętych patronów, a już szczególnie opiekunów miast nawet  słucha sam Stwórca .
Trzy lata spędzone w mieście, któremu zegary odmówiły posłuszeńśtwa, dorywcze prace, radość z możliwości przebywania tam ,  gdzie zawsze pragnęła wyjechać. Z dala od wszelkich, niepotrzebnych kontaktów, znajomych miejsc, popołudni spędzanych w jej różanym pokoju w kamienicy. Nowa uczelnia jakże inna od starej, zupełnie nie odpowiadającej oczekiwaniom Charlotty, zdawała się być enklawą wszelkich dążeń i niezaspokojonych pragnień intelektualnuch. To tu mogła odetchnąć wreszcie nowym powietrzem pełnym inspiracji, szaleńczej energii do pracy. Po dwóch tygodniach spędzonych z bratem troszczącym się o nią niemal jak o własną córkę, postanowiła nie angażować emocjonalnie i tak już wrażliwego naukowca fizyki i pakując walizki po raz kolejny, wynajęła mieszkanie na poddaszu jednej z kamienic, oznajmiając przy tym, że teraz na pewno odzyska spokój i siłę do dalszego studiowania. Biedny Stefan nie wiedział jak powinien zareagowć. Może wypadałoby ją zatrzymać, zadzwnić do matki? -pomyślał. Widząc jednak jej całkowite zdeterminowanie zrezygnował z jakiejkolwiek interwencji.  Jej małą portmonetkę wyposażył więc w sumę wystarczającą na opłacenie mieszkania i codziennego bajgla, a na pożegnanie przytulił ją tak, jak nigdy tego nie robił, z czułością oraz całkowitym zrozumieniem.
Przez cały ten czas spotykali się dość często by wypić popołudniową kawę, zjeść kolację czy po prostu porozmawiać.  I choć praktykowanie tej ostatniej czynności nie przychodziło im z łatwością, więzy rodzinne znacznie łagodziły każdy przejaw konwersacyjnej dysharmonii. Stefan nigdy nie pozwolił by Charlotta chadzała do barów, gdzie plastik imituje jedzenie, toteż jeśli pensja nie wypłacana była w terminie, a pieniądze z  napiwków zbyt szybko zamieniały się w kolejne książki lub płyty, on jako starszy brat zają się nawet kwestią gastronomiczną. Bardzo szczupły, przystojny na tyle by podczas rozmowy można mu było śmiało patrzeć w oczy, nie miał nikogo z kim dzieliłby życie i pasje, której nie pielęgnuje i nie rozwiwa się jedynie dla siebie. Miłość do gotowania odziedziczył po babce, tej która mieszkała w dworku szlacheckim na Mazowszu, ale której niestety wojna nie pozwoliła zbyt długo cieszyć się dostatkiem. Wyjechała wraz ze swoim niemłodym już mężem do Stanów by tam się zestrzeć i umrzeć jako gospodyni domowa. Nie otrzymawszy po babci nawet skromnego majątku w postaci pieniężnej, Stefan odziedziczył jednak coś wyjątkowego – nieprzeciętny talent kucharski, który przjeawiał się już od najmłodszych lat. Mieszkając jeszcze w Stanach, zawsze wyciągał wielkie pamiętniki babci, by w tajemnicy przed nią oglądać zapisane drobnym maczkiem pożółkłe już strony opatrzone nieco większymi obrazkami przedstawiającymi dania, napoje, konfitury, sałaty. Uwagę budziły przede wszystkim  słodkości, wszelkie desery, olbrzymie ciasta z kremem lub z owocami. Uwielbiał otwierać te stare tomy, nierzadko wzbogacone o zasuszone zioła pełniące funkcję finezyjnej zakładki. Zakazane pamiętniki, zapisane niezidentyfikowaną wówczas treścią robiły na pięciolatku wrażenie niezwykłe, takie które nawet po latach wszczepiało w umysł kolejną dawkę inspiracji. Wraz z upływem czasu owe dzienniki obrastały legendą, stawały się obiektem pożądania, po to by nadać im miano relikwii. Wiele sporów toczyło się wokół rękopisów babci, każde z trójki dzieci chciało posiadać je na własność, niemniej jednak to właśnie matce Charlotty i Stefana przypadł zaszczyt przetransportowania ich do Polski wraz z ostateczną decyzją o powrocie. Stefan, wykształcając w sobie skłonność do konsekwencji, będąc już poważnym uczniem trzeciej klasy, postanowił wykorzystać umiejętność czytania i kiedy rodziców nie było w domu, a mała Charlotta bawiła się w swoim pokoju, wchodził do kuchni i z wypiekami na twarzy szukał przepisu, wymagającego jedynie tych składników, które nieświadome przeznaczenia leżały spokojnie  w szafce kuchennej. Mieszał, rozpuszczał, drobno kroił, ubijał by wreszcie wyjąć okazałe ciasto, którego aromatem wypełnił się każdy kąt domu. Rodzice przyzwyczajeni do niespodzianek wracali  pełni obaw, z podwyższonym ciśnieniem, w całkowitym milczeniu i dźwięczącym pytaniem czy i tym razem zastaną dom nienaruszony przez ogień, wodę lub inny żywioł wywołany twórczą aktywnością ich syna.
Mając dwadzieścia dziewięć lat nadal pielęgnował wpojony talent i mimo rzadkich okazji ukazywania światu swoich zdolności, cieszył się jak dziecko kiedy otwierając okno, wpuszczając letnie powietrze i zagłębiając się w  pamiętnik babci czytał o możliwościach kombinacji  letnich warzyw i owoców wchodzących ze sobą w trzymiesięczne romanse.  Przepisy wzbogacone o narysowane przez babcie komiksy, stawały się najlepszą lekturą na długie, letnie wieczory. To właśnie w owe gorące  popołudnia ich dom wypełniony był gośćmi o bradzo różnej profesji, co można było wysnuć z analizy tych malutkich obrazków kreślonych przez babcię podczas spotkania na werandzie.
Babcię oprócz talentu kulinarnego i niewątpliwie pisarskiego, wyróżniała także ciekawa kreska, zamiłowanie do tworzenia portretów, nierzadko na granicy obrazy, toteż każda niestosowność zauważona przez babcię podczas spotkania, niewątpliwie znajdowała swoje odwierciedlenie w jej małych dziełach tworzonych na potrzeby własne.
Stefan oprócz codziennych zajęć ze studentami i czasem przeznaczonym na pracę naukową, odnalazł więc swoje nowe powołanie. Na każde spotkanie z siostrą wymyślał kolejny zestaw obiado – kolacji poszerzony o deser jego autorstwa. Czekał każdego końca miesiąca kiedy to Charlotta nie proponowała jedynie godzinnej kawy, ale ze spuszczoną głową stawała w dzwiach jego mieszkania. Wiedziała jak ważne są te spotkania, jak bardzo pomaga bratu w pokonywaniu samotności. Sytuacja zmieniła się jednak na trzecim roku, gdy w życiu Charlotty nagle rozkwitła miłość. Trwało to pół roku. Całe sześć miesięcy bez gotowania, ubijania, smażenia krojenia dla jedynego odbiorcy pracy Stefana.  Rozumiał, ale było mu z tym jakoś niwygodnie. Ucieszył się więc, gdy siostra oznajmiła, że w jej życiu zaczęła się kolejna jesień. Życzył jej jak najlepiej, ale wówczas wiadomość o całkowitej wolności rozpoczęła w jego życiu kolejny okres dziecięcej radości. Miał dla kogo gotować, a więc żył.

Charlotta uwielbiała przypominać sobie te trzy lata w Krakowie, pierwszą pracę, potem krótki staż, pasje z jaką Stefan kroił pomidory, a potem smażył je w oliwie z odrobiną czosnku i całą garscią bazylii, rozczarowanie jakie przyniosła świadomość, że wyjazd w gruncie rzeczy nic nie zmienia. Wszystkim tym ,czego teraz potrzebowała była cisza niezbędna do rozbijania na cząstki przestrzeni pamięci. To właśnie w chwilach gdy wypijane samotnie kakao staje się jedynym towarzyszem, a każde obce ciało spotkane na drodze dziwnie wadzi w odbiór rzeczywistości, kiedy zasłysznay głos brzmi niewdzięcznie, a brak melodii wybudza ze snu o idyllicznym współżyciu społecznym, takie momenty są nieznośnie inspirujące nawet dla osoby, która właśnie skończyła studia i nie ma planu na kolejny rozdział pamiętnika. Dyplom z filologii klasycznej dotyczący tragedii Eurypidesa obroniony na mocne cztery i zerowe doświadczenie w pracy zawodowej nie rozświetlały przyszłości Charlotty. Nie chciała wracać do rodziców, od których niemal z chorągwią manifestacyjną w dłoni wyprowadziła się trzy lata temu. Co prawda kochani rodzice powtarzali przy okazji każdych świąt spędzanych wspólnie, że pokój czeka na nią nadal niezamieszkały, ale zgoda na ich propozycję wydawała się poniesiem gorszej porażki niż nie obronienie dyplomu. Przypomniała sobie tamten wieczór i wypijając łyk aromatycznego kaka ubarwionego odpowiednią ilością miodu, próbowała odtworzyć emocje i ten dziwny, wewnętrznie skłócony stan w jej ciele i umyśle. Siedząc w jednej z krakowskich kawiarni, całkowicie wyłączona myślami nie zważala na osoby, z którymi przyszła świętować początek nowego życia. Uśmiechnęła się delikatnie żeby zasygnalizować swoją uwagę i tym sposobem oddaliła się o lata świetlne od codzienności, a raczej wyjątkowości chwili. Pomyślała, że tak jak trzy lata temu, teraz definitywnie skończyła dzieciństwo, a zaczęła dorosłość, do której w ogółe nie jest przygotowana.

sobota, 5 listopada 2011

obok siebie

Wpatrując się w obraz tak bardzo nie chciała widzieć siebie. Wiedziała jednak, że mąż zna ją doskonale, lepiej zapewne niż jej własna matka. Tak właśnie sądząc usiadła i chwilę beznamiętnie przyglądała się postaci z płótna. Oczy, usta, nos właściwie wszytsko było w porządku. No właśnie - w porządku. Szaleńcza pasja sprzątania, segregownia, układania, wyrzucania. Nieustanny brak czasu na spisywanie bezlitośnie upływających momentów. Miała ich wiele. Śniadanie w ogrodzie, chwila lektury, potem kawa, sprzątanie, może krótka przejażdżka na rowerze w celu zrobienia zakupów na późny, czasem bardzo późny obiad.
Bała się tych pięknych, słonecznych dni. Dni, w których za oknem słońce stawało się potworem ziejącym prawdziwym ogniem. Nigdy jednak nie narzekała na jego nadmiar. Uwielbiała lato, późny lipiec, początki sierpnia. Tygodnie mijały niezwykle szybko lecz zawsze pozostawały  przez cały wrzesień w pamięci.
Teraz jednak było inaczej. Nie potrafiła subtelnie przyglądać się krajobrazowi za oknem. Nie umiała już wyjść na taras i delektując się świeżym powietrzem poczuć prawdziwą wolność. Teraz doznawała poczucia wiecznej tęsknoty.  Niekiedy potrafiła sprecyzować, nazwać, nadać temu imię. Innym zaś razem poddawała się bez woli walki.
Właściwie nie narzekała. Zrobiła upragniony kurs języka migowego, była tuż po studiach pedagogicznych. Wakacje stały się więc etapem przejściowym, kiedy to miała nabrać siły na kolejny, nowy rok. Nie potrafiła jednak cieszyć się z możliwości bycia młodą żoną, która upalne dni mogła spędzać rozkoszując się różnorodnością perspektyw jakie ofiarowywał kolejny wschód słońca, a kiedy nadchodził ciepły wieczór delektować się z mężem wspólnym początkiem nowej drogi.
Kancelaria adwokacka znajdowała się tuż przy rynku. Nie lubił swojej pracy, niemniej jednak oddany był jej bez reszty, prowadzony surowym okiem ojca, dziadka i pradziadka spoglądających z ciemnych płócień wypełniających przestrzeń ścian kancelaryjnych. Ignacy uważał, że tradycja jest gwarantem, filarem dobrze funkcjonującej rodziny. Dlatego tak bardzo zależało mu na znalezieniu odpowiedniej żony, która moglaby dopełnić jego jasną wizję przyszłości. Nie pragnął wyzwolonej kobiety, kompana do dysput filozoficznych, takiej która zamiast przygotowywać obiad, siada do komputera by tworzyć kolejny projekt lub wysyłać i odbierać krótkie maile od chętnych do współpracy. Nie pragnął też kobiety przyciągającej wzrok mężczyzn gdziekolwiek by się z nią  pojawił. Nie pragnął wreszcie artystki, romantycznej, wiecznie pogrążonej we własnych myślach istoty codziennie niezaspokojonej  w każdej niemal sferze. Nie, on pragnął kogoś na wskroś normalnego, kto nie posiada pasji życia, determinującej działanie, kto potrafi obdarzyć go ciepłem i kogo on sam może nim obdarować. Czy ta idealna kandydatka musiała nosić w sobie coś, co wyróżni ją choć trochę z reszty żon szlacheckiej rodziny? Tak, powinna być religijna, dbająca o dom, potrafiąca przyjąć gości i wychować dzieci. Warto by znała literaturę, nie zaczytywała się jednak w książkach, o których można dowiedzieć się  z każdego  kobiecego pisma. Skoro ma sięgać po książki niech to będą pozycje wartościowe, zakrawające o dziedzinę filozofii lub psychologii.
Obrazy malował namiętnie. Traktował je jak kobiety, do których należy zwracać się z niezwykłą delikatnością by nie obrazić ich przy pierwszym kontakcie wzrokowym. Pędzle, farby, stare płótna, niedokończone szkice, zaczęte obrazy, to wszytsko wypełniało doszczętnie przestrzeń poddasza. Pokój był prawdziwą świątynią dla zapracowanego adwokata. Tysiące spraw sądowych, czerwone oczy skazańców lub oskarżycieli, którym musi nieustannie odpowiadać zakładając maskę  pokera. To wszytsko znajdowało przystań w jego obrazach. Najbardziej przejmujące były dzieci porzucone przez rodziców, znienawidzone, przeświadczone o własnym braku wartości. Sceny, których świadkiem i uczestnikiem był na co dzień nie pozwalały o sobie zapomnieć. Każda z nich domagała się postawienia choćby małego pomnika w postaci minimalistycznego szkicu. Właściwie to, co było nadzwyczajne w tej niezwyczajnej rzeczywistości funkcjonowania sądu to fakt, że wszystkie sprawy toczyły się rytmem bardzo wolnym. śmiało rzec można powolnym i jeśli nie narzekania i prośby głównych zainteresowanych czyli oskarżycieli, niektóre z nich nigdy nie zostałyby rozwiązane. Cóż, po prosto należało pogodzić się z nieustannie zwiększaną dawką emocji. Posiadanie owego pokoju, przestrzeni pracy twórczej wynagradzało Ignacemu długie godziny spędzane w zaciszu kancelarii lub  w pełni poważnej i czasem nader niespokojnej atmosfery sali sądowej.
Wracajac do domu podejmował w swej głowie kwestie proste, związane z rytuałem życia codziennego. A na ich brak Ignacy nie narzekał. Tuż po przekroczeniu progu swojego domu, kierował wzrok na podarowaną przez dziadka prawosławną ikonę przedstawiającą Chrystusa Ukrzyżowanego. Pielęgnowany od dziecka katolicyzm wrósł tak w naturę Ignacego, że świętością i symbolami chciał wypełnić całą przestrzeń. A cóż bardziej zabezpiecza dom niż umiejscowienie na samym jego  wejściu świętego wizerunku ?
Następnie, zdejmował delikatnie płaszcz, buty nie zawsze równo ułożone znajdowały się tuż pod nim. Żona, która od roku witała go w salonie, obdarzając męża przelotnym uśmiechem i pocałunkiem złożonym na granicy kącików ust pytała jak minał dzień. Następnie siadali razem do późnej obiado-kolacji i wśród ciszy zmąconej jedynie odgłosami wprowadzonymi w ruch sztućcami pozwalali ciałom posilić się w całkowitym spokoju.
Były to długie chwile ujawniania się tęsknoty, tej o której tak często  pisała w notesie od P. . I choć niekiedy bała się precyzować stan aktualnego uczucia, to jednak wykształcona w ramach prywatnej edukacji chęć i potrzeba nazywania emocji zawsze realizowała się w głębi jej samej. Nieprzelewana na papier, skonkretyzowana myśl nabrawszy odpowiedniego kształtu determinowała cały proces postrzegania, odczuwania i  interpretowania rzeczywistości. Najwyraźniej kolejny raz napawała ją niezbita tęsknota. Myślami uciekała do mapy wspomnień stworzonej przez nią samą . Podróżowała tak zawsze gdy chciała poczuć odrobinę wolności, beztroski, braku ustalonego planu. Nigdy nie pozwalała sobie na przywoływanie obrazów, które mogłyby zmącić impresję chwili obecnej. Jej księga pamięci- umysł , miał być bezpieczna przystanią, keją, gdzie opuchnięta przez melancholię głowa mogła spokojnie przeczekać najbardziej porywiste wiatry emocji.
Ignacy nie był świadomy co drzemie w przestrzeniach umysłu jego żony. Nawet jeśli zastanawiał się co ta fascynująca, młoda kobieta przechowuje  w sobie, że skłoniła go do decyzji o ślubie, to nigdy jednak swoją refleksynością nie wybiegł dalej niż do małego, wypielęgnowanego ogródka, w którym zawarte są odpowiedzi na fundamentalne pytania. Ogródek jest dość ciasny by nie pomieścić ewentualne wątpliwości, i nie pozostawia choćby małej furtki otwierającej całe spektrum innych możliwości poznawczych. Ten schludnie wyglądający kawałek umysłowej zieleni wystarczył by jego  żona  podobna była do postaci anielskiej, stąpającej po świecie z harfą u boku. Owe wyobrażenie tak bardzo zakorzeniło się w jego świadomości, że zapomniał, iż rozwija się ona  sporo czytając, oglądając, rozmawiając, tworząc. Zapominał też, że jej komputer często pozostawiony w stanie hibernacji zawiera w sobie dane, o których on- jej mąż, nie ma zupełnie pojęcia. I nie dlatego, że miłość do słowa ukrywana była niczym kochanek w życiu młodej kobiety, lecz dlatego, że nigdy jej nie słuchał, tak jak ona tego pragnęła.

piątek, 4 listopada 2011

Postać tworzona Postać odtwarzana


Niejednokrotnie napawała ją tęsknota. Niekiedy była to tęsknota za uczuciem, innym razem zaś za obrazem, którego stanowiłaby część. Odkąd wróciła z włoskiej Toskanii nie potrafiła zapomnieć widoków katedr, kościołów, których wnętrza jawiły się jako domy, przepiękne azyle, kryjące w sobie tajemnicę, tajemnicę samego Stwórcy. Właściwie nie potrzebna była jej ta świadomość. Wystarczyło jedynie przebywanie w tych napawających spokojem, chłodnych przestrzeniach,  przebóstwionych mimo braku złoceń czy wielkich obrazów z wizerunkami świętych. O wielkości małych kościołów świadczył swoisty magnes, który przyciąga ludzkie ciała. Wierzący, niewierzący. Spokój jaki można odnaleźć w tych zharmonizowanych, miejskich wyspach staje się prawdziwym antidotum na każdy rodzaj ziemskiej męczarni. To właśnie tam odpoczywała najpełniej. Otoczona zimnymi, starymi murami i półmrokiem znajdującym schronienie nawet w najbardziej nieznośnie upalny dzień. Wtedy pojawiała się w jej głowie myśl- uczucie nieokreślonej, niecodziennej radości, szczęśliwości niewysłowionej. Kiedy siedziała na swojej wielkiej werandzie spisując to wszystko, do jej głowy wdarła się niespodziewanie kolejna myśl, myśl o rodzinnym domu, drożdżowym cieście i poranku na wsi. Ręce babci wsypujące z uwagą rodzynki do wyrobionego ciasta pamiętała tak plastycznie, że niemal mogłaby poczuć ich ciepło, wilgotność, a także odtworzyć każdy  ruch kiedy wgniatała   malutkie, suche winogrona w sam środek lepkiej masy. Jej pamięć, jak sądziła, nie była jednak wyjątkowa. Niemal każdy człowiek, nawet ten  najbardziej uczulony na  nieznośną wrażliwość sentymentalną, miewa flesze pamięci, chwile kiedy nic, żaden impuls nie potrafi sprostać wymaganiom jego wspomnień, które to bezlitośnie  dążą do urzeczywistnienia. Zawsze potrafiła odtworzyć z pamięci te chwile, które jej zdaniem,  dostarczały prawdziwego smaku życia. Szelest liści w jednym z londyńskich parków, kelnerski uśmiech w paryskiej kawiarni, pierwszy krok stawiany na posadzce w kościele w bocznej uliczce Werony czy leżąca, otwarta na piątej stronie książka o idealnie dobranych kolorach okładki. Te wszystkie myśli nie dawały jej spokoju. Nie potrafiła odłożyć ich na półkę wspomnień w swoim umyśle i posłusznie oddać się pracy albo zwyczajnemu relaksowi. Uważała, że ulegając pokusie powracania i przeżywania wszystkiego raz jeszcze doprawiała choć trochę swoje bezsmakowe, nieposolone życie. Co więcej, nie potrafiła już nawet uwierzyć, że uda jej się wyjść ze stanu wiecznej melancholii. Równie często jak rozmyślała, oddawała się pisaniu. Spisywała to, co uważała za istotne w danej chwili lub co  w przyszłości może okazać się zbawienne. Fizycznie powracając do miejsc swojego dzieciństwa, odwiedzając stare, znajome zaułki i zakamarki, otwierała na oścież bramy codziennej racjonalności przez co wspomnienia  jeszcze mocniej, bardziej intensywnie, całkowicie zmieniając swoją intensywność, wydźwięk, przejrzystość wypiętrzały się z nizinnych płaszczyzn umysłu. Charlotta potrafiła opisywać, spisywać, relacjonować. I choć jej zdania, które absolutnie grzeszyły długością, były pełne karygodnych błędów i nielogiczności, to jednak chaos, istne piekło językowo-stylistycznych grzechów nie przerażało jej aż nadto. Bardzo często słyszała o swoim braku zorganizowania, wiecznym gubieniu czegoś, zapominaniu i zostawianiu wszystkiego na ostatnią chwilę. Pisania nigdy nie odkładała, nie pozwalała nawet by któreś ze zdań pozostawało niedokończone. Początkowo robiła to bardzo nieregularnie, ale teraz gdy sytuacja nieco się ustabilizowała i miała te 2-3 godziny w ciągu dnia na przelewanie na papier swoich myśli, starała się za wszelką cenę wypełnić obowiązek powierzony przez samą siebie. Charlotta nie narzekała na brak przyjaciół, choć tych selekcjonowała bardzo rygorystycznie. Nie potrafiła budować relacji, które długi czas pozostawały nierozwinięte, tkwiące w jednym punkcie. Spotkania odgrywały wtedy rolę podgrzewacza  bezowocnych kontaktów. A tego nie akceptowała. W  jednym ze swoich pamiętników napisała „ Mam dość spotykania się w tych samych miejscach, z tymi samym ludźmi, rozmawiając na te same, odwieczne, niezmiennie aktualne tematy. Nie obchodzą mnie już ich kariery, kolejne rozczarowania miłosne i odwiedzone miejsca. Dzisiejsze popłudnie spędzone na wysłuchiwaniu zwierzeń wiecznie niezadowolonej amatorki przygód miłosnych dobitnie ukazało mi bezsens poświęcania się sprawom mało istotnym. Stwierdzam więc, że czas ograniczyć, jak tylko to możliwe, wszelkie wyjścia”. I rzeczywiście Charlotta podjąwszy tę heroiczną decyzję, sukcesywnie odmawiała spotkań w kawiarniach. Godziła się na nie tylko wtedy, gdy zauważyła wyraźna potrzebę u strony proponującej. Sama zaś prowadziła dialog ze swoją jedyną przyjaciółką mieszkajacą w Londynie. Korespondencja była niezwykle fascynująca i pełna humoru, którego brak było w codziennym życiu Charlotty. To właśnie dzięki tym listom pisanym ręcznie bądź za pomocą wygodnej klawiatury starego już komputera wysyłała długie sprawozdania z życia w mieście wspólnego dzieciństwa. Nie mogła jednak zrozumieć przyczyny swojej tęsknoty za Londynem, miejscem, w którym to Antonina postanowiła odnaleźć inspiracje do napisania swojej pierwszej powieści. I z tego co zdażyła zauważyć Charlotta wynika, że Antonina zamiast zapisywac kolejne kartki swoich notesów, dołączała się do licznych klubów literackich, filozoficznych, słowem wszędzie tam, gdzie może  poznawać, uczyc się i doświadczać wszystkiego co angielska kultura posiada najlepsze. Ale i tak ją kochałą cała sobą. Antonina była jej najbliższą osobą wyłączając rodziców,  nieprzyzwoicie zatopionych w literaturze właścicieli najlepiej zaopatrzonej księgarni w mieście. I choć Charlotta uwielbiała przebywać w ich towarzystwie, na drugim roku studiów definitywnie zrezygnowała z mieszkania pod jednym dachem z parą maniaków. Powiedziała kategorycznie, że dom absolutnie nie nadaje się do pracy naukowej i wyjmując wszystkie oszczędności z małego kuferka podarowanego przez babcię, postanoowiła zamieszkac sama. Jak wielką burzę wywołała swoją decyzja wiedzą tylko głusi sąsiedzi z przeciwka,którzy mając nieraz uchylone drzwi swojego mieszkania przyglądają się życiu korytarzowemu. Reakcja rodziców nie była nieznośnie głośna, lecz niezmiernie irytująca, gdyż każde z nich wychodziło na klatke schodową z pięściami zaciśniętym do granic możliwości  i nic nie krzycząc, nie wydając z siebie żadnych dźwięków, otwierali usta tak szeroko, że z łatwością można było wyczytać treść wypowiadanych zdań, a raczej zlepków słownych. Niesłyszący sąsiedzi nie mieli więc wiele trudności z rozszyfrowaniem słów wściekłych księgarzy „ Jak my ją wychowaliśmy, jak my ją wychowaliśmy!”. Charoltta wiedziała jak zakończy się całe przedstawienie toteż zjechawszy windą na sam dół, wybiegła z klatki, zadzwoniła zewnętrznym domofonem do rodziców z bezczelnym pożegnaniem „wpadnę jutro wieczorem, na obiad jak zawsze, dobranoc”. Nie dała dojść do słowa jeszcze bardziej zdezorientowanej matce. Wzięła więc w rękę dość lekką walizkę i  wyjąwszy ostatniego papierosa z kardamonowego pudelka, z lekkim uśmiechem i jedną łzą w oku udała się przed siebie.

czasopisanie


To dobrze, że czasem popadamy w zachwyt. Czysty zachwyt powodowany niczym innym jak codziennym olśnieniem, które wówczas staje się odświętnym, świeżym poczuciem iluminacji zesłanej skądinąd. Sam fakt, że nasza świadomość odnotowuje, a potem na stałe rejestruje wszlekie euforie tak bardzo przypominające tanią poezję, wskazuje na jej całkowity naturalizm w każdym, wolnym ludzkim umyśle. Bo tylko wolny umysł może pozwolić sobie na puszczenie czegoś zupełnie innego niż codziennej porcji logicznych przesłanek w przestrzeń reflekcyjności. Czy jednak uniesienie wywołane nieoczekiwanym bodźcem zawsze musi być bliskie banału ? Otóż nie, co nie oznacza, że dawka egzaltacji jaka temu towarzyszy charakteryzuje właśnie tomik poezji po brzegi wypełniony ulotnym uczuciem wyjątkowości chwili.
Podmiot lub przedmiot ludziego zachwytu nie jest jednak tożsamy z obiektem lamentu zrozpaczonych poetów. Niemniej jednak może się nim stać jeśli nie przyjmiemy odpowiedniego dystansu. Cokolwiek jednak staje nam na przszkodzie by ów zjawisko uznać za podarunek dla nas samych, nie patrząc na nic, usuwamy wszelkie przeciwności zmuszające do przyjęcia racjonalnej postawy. Cóż jednak nam pozostaje jeśli nie wyzbycie się skłonności do nakładania kolejnych filtrów na zdarzenia, które kolekcjonujemy niczym stare fotografie przedstawiające to, czego zapomnieć absolutnie nie chcemy? Rozsądne wydaje się jedynie założenie w naszej własnej głowie klaseru z takimi niespodziewanymi pamiątkami, by następnie nie zapominając o żadnej, nawet najmniejszej iskrze, przebłysku nadprzyrodzoności, bawić się w posiadacza wspomień i układać, tworzyć wariacje z tego co ofiarowuje nam życie.